
Joziah Thompson bawił się latem z rodzeństwem i wszedł do wody, nie przypuszczając, że niewielkie zadrapanie na nodze w krótkim czasie stanie się początkiem dramatu. Dziś przebywa w szpitalu, gdzie medycy próbują opanować gwałtowną infekcję i ocalić jego kończynę. Historia nastolatka pokazuje, dlaczego nawet drobnych ran nie należy lekceważyć po kontakcie z wodą, zwłaszcza gdy pojawia się ból lub obrzęk. Oto, jakie są objawy zakażenia „bakterią zjadającą ciało”.

Oto objawy zakażenia „bakterią zjadającą ciało”
Początkowo 17-latek nie traktował skaleczenia jako poważnego problemu. Jednak po dwóch dniach miejsce urazu zrobiło się zaczerwienione, opuchnięte i wyjątkowo bolesne, a wykonane badania ujawniły przyczynę nagłego pogorszenia jego stanu. U Joziaha wykryto Vibrio vulnificus, bakterię naturalnie występującą w ciepłych, lekko słonych wodach przybrzeżnych. Mikroorganizm ten bywa określany mianem „bakterii zjadającej ciało”, ponieważ w najcięższych przypadkach może prowadzić do szybkiego niszczenia skóry i tkanek miękkich. Takie infekcje należą do rzadkości, ale ich przebieg może być dramatyczny. Zakażenie może doprowadzić do sepsy, a gdy choroba jest zaawansowana, lekarze mogą stanąć przed koniecznością amputacji zakażonej kończyny.
Rzadka bakteria, która może mieć śmiertelne skutki
Według danych, w Stanach Zjednoczonych każdego roku odnotowuje się około 100–200 zakażeń Vibrio vulnificus. Do infekcji najczęściej dochodzi po zjedzeniu surowych owoców morza albo wtedy, gdy słona woda dostanie się do otwartej rany. Wczesne rozpoznanie daje szansę na leczenie antybiotykami, dlatego szybka reakcja ma kluczowe znaczenie. W najpoważniejszych przypadkach śmiertelność zakażenia może sięgać nawet 50 procent, co sprawia, że eksperci traktują je jako szczególnie niebezpieczne.
Przeczytaj też: Był farmaceutą i jako jeden z pierwszych przyjął szczepionkę przeciw COVID. Nie przypuszczał, jak dramatycznie odmieni to jego życie
17-latek walczy o życie po zakażeniu „bakterią zjadającą ciało”
Matka chłopca, Tirzah Thompson, przyznała, że nie spodziewała się, iż będzie musiała organizować zbiórkę na leczenie własnego dziecka. Kobieta jest główną żywicielką dziewięcioosobowej rodziny, lecz aby być przy synu w szpitalu, zamknęła prowadzony przez siebie biznes kosmetyczny.
„Patrzenie, jak własne dziecko cierpi, jest rozdzierające. Siedzenie przy jego łóżku, słuchanie dźwięku monitorów, obserwowanie bólu, kolejnych operacji i strachu to coś, na co żadna matka nie jest gotowa” – powiedziała Tirzah Thompson.
Uruchomiona przez rodzinę zbiórka ma pokryć koszty leczenia, podróży oraz bieżących wydatków. Jak informuje The Independent, dotychczas udało się zebrać niemal 12 tys. dolarów.
Przeczytaj także: Siedem greckich wysp ogłosiło stan wyjątkowy. Pilne ostrzeżenie dla mieszkańców i turystów
