
Setki zamaskowanych mężczyzn wtargnęło do portu w Dover. Uczestnicy skoordynowanej akcji zablokowali główne drogi i uniemożliwili dojazd do terminali. W krótkim czasie utworzyły się wielokilometrowe korki, a jeden z najważniejszych portów Wielkiej Brytanii został na kilka godzin praktycznie odcięty od świata. Teraz pojawiają się poważne zarzuty pod adresem policji.

Setki zamaskowanych mężczyzn wtargnęło do portu w Dover
Do zdarzenia doszło w sobotę, 5 września. Zamaskowani demonstranci zaczęli gromadzić się wokół portu około godziny 7.00 rano. Wielu z nich miało zasłonięte twarze. Skandowali „Stop the boats” i „Send them back”, domagając się zatrzymania łodzi z migrantami oraz odsyłania osób nielegalnie przekraczających kanał La Manche.
Protestujący zablokowali najważniejsze drogi prowadzące do portu. Kierowcy zmierzający do terminali promowych utknęli w korkach, które ciągnęły się kilometrami. Utrudnienia dotknęły zarówno mieszkańców, jak i podróżnych korzystających z połączeń między Wielką Brytanią a Europą.
„Protestujący wiedzieli, co robią. Policja chyba nie”
Akcja trwała około czterech i pół godziny – od 7.00 do mniej więcej 11.30. Przez ten czas dostęp do portu był poważnie ograniczony. Mimo skali wydarzenia policja nie zatrzymała żadnego uczestnika.
Działania policji ostro skrytykował w rozmowie z BBC Kevin Mills, przewodniczący Rady Dystryktu Dover. Jego zdaniem funkcjonariusze zbyt późno podjęli działania, by odblokować drogi prowadzące do portu i przywrócić normalny ruch.
– Protestujący dokładnie wiedzieli, co robią. Nie jestem natomiast pewien, czy policja wiedziała, co się za chwilę wydarzy – powiedział Mills. Przyznał jednak, że siły policyjne są obecnie mocno obciążone.
Jak relacjonował, w sobotę rano służby i lokalne władze zostały zaskoczone skalą protestu. Przez dłuższy czas nie było jasne, ilu demonstrantów bierze w nim udział ani jak poważne będą utrudnienia. Zdaniem Millsa konieczne jest teraz dokładne przeanalizowanie działań wszystkich zaangażowanych instytucji i wyjaśnienie, dlaczego demonstranci zdołali na kilka godzin sparaliżować dojazd do jednego z najważniejszych portów w Wielkiej Brytanii.
Przewodniczący rady podkreślił, że był to wyjątkowo trudny dzień dla mieszkańców i podróżnych. Wiele osób utknęło w wielokilometrowych korkach, nie mogło dotrzeć do pracy ani wjechać na teren portu. Przeczytaj także: Wielka Brytania: Zamieszki antyimigranckie w Belfaście po brutalnym ataku nożownika. Podpalono domy i samochody
Policja hrabstwa Kent określiła wydarzenie mianem „spontanicznego protestu”. Poinformowała również, że nie zatrzymano żadnego z uczestników. Do tej pory nie odniosła się jednak do zarzutów o zbyt późną reakcję.
Odmienne zdanie przedstawił minister biznesu Jonathan Reynolds. W rozmowie z BBC stwierdził, że funkcjonariusze zareagowali szybko. Jednocześnie zdecydowanie potępił zachowanie zamaskowanych demonstrantów.
– Pokojowe manifestacje są ważną częścią brytyjskiej demokracji, ale w Dover mieliśmy do czynienia z zachowaniem obliczonym na zastraszenie innych – powiedział w programie „Sunday with Laura Kuenssberg”.
Zamaskowani demonstranci przyjechali wynajętymi busami
Policja nie ustaliła jeszcze oficjalnie, kto zorganizował blokadę. Według organizacji Hope Not Hate stała za nią sieć Patriot Platform, skupiająca członków różnych grup sprzeciwiających się migracji. Jak twierdzi organizacja, przygotowania rozpoczęły się już w lipcu, a do Dover przyjechali uczestnicy z różnych części kraju.
Chris Vinson, przewodniczący klubu konserwatystów w Radzie Dystryktu Dover, przekazał wcześniej, że demonstranci mieli zebrać się w wyznaczonym miejscu, a następnie wyruszyć do miasta wynajętymi busami. Część samochodów pozostawili w pobliskiej miejscowości Preston. Po zakończeniu protestu tamtejsi mieszkańcy zaczęli składać skargi.
Uczestnicy blokady nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. Na pytania reporterów BBC odpowiadali jedynie hasłami „Stop the boats” i „Send them back”, domagając się zatrzymania łodzi z migrantami oraz odsyłania osób nielegalnie przekraczających kanał La Manche. Przeczytaj także: Wielka Brytania odbiera status pobytowy obywatelom UE. Proces trwa – oto kto wciąż ma powody do obaw
Dalsza część artykułu poniżej
Protest publicznie poparli skrajnie prawicowi działacze Tommy Robinson i Danny Thomas. Thomas przekonywał, że uczestnicy wykazali się dyscypliną i „trzymali się planu”. Jego słowa stawiają pod znakiem zapytania stanowisko policji, która uznała zgromadzenie za spontaniczne.
Po stronie demonstrantów opowiedział się również Rupert Lowe, poseł i lider ugrupowania Restore Britain. Przyznał, że zasłanianie twarzy kominiarkami nie powinno mieć miejsca, bronił jednak prawa do pokojowego protestowania przeciwko nielegalnej migracji.
Po sobotnich wydarzeniach lokalne władze oczekują wyjaśnień, dlaczego służby nie zdołały wcześniej zapobiec blokadzie portu i wielogodzinnemu chaosowi na drogach.
