
Kupno domu w UK to koszmar. Proces, który powinien prowadzić do odebrania kluczy i rozpoczęcia nowego etapu życia, często oznacza miesiące oczekiwania, kosztowne formalności oraz niepewność niemal do ostatniej chwili. Kupujący i sprzedający skarżą się na chaos, opóźnienia oraz ograniczoną odpowiedzialność pośredników. Problem dotyczy nie tylko pojedynczych transakcji, lecz całego systemu, w którym jedna decyzja może nagle przekreślić wielomiesięczne przygotowania.

Kupno domu w UK to koszmar
Dziennikarka „The Telegraph” Charlotte Lytton opisała swoje doświadczenia z przeprowadzką w Londynie. Choć jednocześnie sprzedawała i kupowała nieruchomość bez tak zwanego łańcucha transakcji, czyli bez uzależnienia umowy od sprzedaży kolejnych domów, cała procedura trwała aż sześć miesięcy.
Problemy pojawiły się już na początku. Pierwsza agencja nieruchomości nie wywiązała się z zapowiedzi profesjonalnej obsługi: zdjęcia wykonano w niekorzystny sposób, część zaplanowanych prezentacji w ogóle się nie odbyła, a jedyna oferta była o 70 tys. funtów niższa od ceny wywoławczej. Zmiana pośrednika nie przyniosła szybkiego przełomu, a formalności przeciągały się mimo gotowości obu stron do sfinalizowania transakcji.
Problem dotyka tysięcy kupujących
Przypadek autorki nie jest odosobniony. Dane Royal Institution of Chartered Surveyors (RICS) wskazują, że w maju przeciętny dom pozostawał na rynku przez ponad pięć miesięcy. To o 26 proc. dłużej niż cztery lata wcześniej i najdłużej od niemal dekady.
Jeszcze bardziej niepokojące są dane dotyczące transakcji, które ostatecznie nie dochodzą do skutku. Szacuje się, że w Anglii kończy się tak co trzecia sprzedaż nieruchomości, a wynikające z tego straty sięgają około 400 mln funtów rocznie. Dla kupujących oznacza to nie tylko zawiedzione plany, ale też wydatki poniesione na prawników, wyceny i inne niezbędne dokumenty.
Oferta zakupu nie daje pełnej gwarancji
Jednym z największych problemów brytyjskiego rynku jest to, że zaakceptowana oferta zakupu nie ma charakteru prawnie wiążącego. Zarówno kupujący, jak i sprzedający mogą wycofać się niemal do dnia finalizacji, zwykle bez poważniejszych konsekwencji. Taka konstrukcja systemu sprzyja między innymi podbijaniu ceny przez nowych zainteresowanych oraz nagłemu obniżaniu proponowanej kwoty tuż przed podpisaniem dokumentów.
Charlotte Lytton wspominała, że dwa tygodnie przed zakończeniem sprzedaży dowiedziała się, iż kupujący nie zamierza wpłacić depozytu. Mimo tej dramatycznej informacji pośrednicy przekonywali ją, że procedura przebiega „wyjątkowo sprawnie”. To właśnie brak przewidywalności sprawia, że dla wielu osób kupno domu w Wielkiej Brytanii staje się źródłem długotrwałego stresu.
Przeczytaj też: Kierowcy w Wielkiej Brytanii muszą uważać. Za taką tablicę rejestracyjną grozi nawet 1000 funtów kary
Przelew wykonany z łóżka szpitalnego
Najbardziej niezwykły etap nastąpił przy zakupie nowego domu. Wielomiesięczne opóźnienia doprowadziły do sytuacji, w której termin finalizacji wyznaczono na dzień planowanego cesarskiego cięcia. Udało się przesunąć podpisanie dokumentów jedynie o trzy dni, dlatego autorka musiała wykonywać przelewy na bardzo wysokie kwoty już z łóżka szpitalnego.
Komplikacje nie skończyły się na tym. Sprzedający przez wiele tygodni nie kontaktował się z agentami nieruchomości, a jego prawnik nie korzystał z poczty elektronicznej. Informacje przekazywano telefonicznie sekretarkom, które przygotowywały pisma z dużym opóźnieniem, co dodatkowo spowalniało całą procedurę.
Rząd zapowiada zmiany na rynku nieruchomości
Jak informuje „The Telegraph”, brytyjski rząd zapowiedział reformę, zgodnie z którą zaakceptowane oferty zakupu mają stać się prawnie wiążące. Podobne rozwiązania funkcjonują między innymi w Szkocji, Belgii, Francji i Hiszpanii, gdzie strony transakcji mają większą pewność po przyjęciu oferty.
Zmiany mają zostać wprowadzone przed końcem obecnej kadencji parlamentu. Do tego czasu kupujący i sprzedający nadal muszą poruszać się w systemie, który eksperci uznają za jeden z najbardziej skomplikowanych i najmniej efektywnych w Europie.
