
Zmiana osobowości okazała się objawem śmiertelnej choroby. Tak zaczęła się historia Henry’ego Barringera, 35-latka, którego bliscy długo tłumaczyli nagłe zachowanie stresem i przemęczeniem. Kiedy stał się bardziej sarkastyczny, oschły i nieprzyjemny wobec rodziny, jego żona Rebecca początkowo nie podejrzewała najgorszego. Dopiero wydarzenia z rodzinnego wyjazdu do Francji sprawiły, że zaczęła się poważnie martwić. Zmiana narastała, a wkrótce dołączyły fizyczne objawy, które skłoniły ich do udania się do szpitala.

Rebecca, 38-letnia architektka z Norfolk, wspomina, że słowa i reakcje męża coraz częściej „zupełnie do niego nie pasowały”. Jak mówi, miała wrażenie, że przestaje rozpoznawać człowieka, którego poślubiła, bo jego zachowanie stawało się trudne do zniesienia. Po powrocie do domu Henry zaczął skarżyć się na silne bóle głowy, pojawiły się też wymioty. To wtedy wykonano badanie tomograficzne w szpitalu w Norfolk, które ujawniło prawdziwą przyczynę dramatycznych zmian.
Walka o czas i nadzieję
Diagnoza była druzgocąca: nieoperacyjny i nieuleczalny guz mózgu. Henry, aktywny ojciec czteroletniego Edwarda, rozpoczął leczenie radioterapią i chemioterapią, licząc na zatrzymanie choroby i poprawę jakości życia. Rodzina robiła wszystko, by zyskać choć odrobinę czasu i znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, które mogłoby pomóc.
Rodzice Henry’ego, Linda i Robert, zebrali tysiące funtów, by wysłać próbkę guza do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu alternatywnych możliwości leczenia. Przez chwilę pojawiła się nadzieja – po dwóch miesiącach terapii bliscy zauważyli, że osobowość Henry’ego zaczyna wracać. Rebecca przyznaje, że miała wtedy wrażenie, iż „znów ma obok siebie tego samego człowieka”. Niestety poprawa nie trwała długo, a stan Henry’ego zaczął szybko się pogarszać.
Zmiana osobowości okazała się objawem śmiertelnej choroby
Mimo postępującej choroby Henry pracował niemal do końca – przerwał dopiero na około sześć tygodni przed śmiercią. Udało mu się jeszcze zobaczyć mecz Pucharu Świata w rugby, sportu, który był dla niego ważny i który kochał od lat. Zmarł w maju 2024 roku, jedenaście miesięcy po usłyszeniu diagnozy.
Rebecca mówi dziś, że jej mąż był „niesamowicie dzielny” i do samego końca nie chciał się poddać. Po jego śmierci rodzina i przyjaciele zorganizowali charytatywny mecz rugby, podczas którego zebrano tysiące funtów na rzecz organizacji Brain Tumour Research. Jak podkreśla Rebecca, jej zdaniem wciąż zbyt mało mówi się o tym, jak niewielkie są inwestycje w badania nad guzami mózgu w porównaniu z innymi nowotworami. Dodaje, że opowiadanie takich historii może być jednym ze sposobów, by coś realnie zmienić.
Przeczytaj też: Tragiczna śmierć Polaka mieszkającego w UK. Zabieg stomatologiczny w Turcji zakończył się dramatem
Cichy zabójca, o którym mówi się za mało
Przedstawiciel fundacji Brain Tumour Research przypomina, że co trzeci Brytyjczyk zna kogoś dotkniętego guzem mózgu, a leczenie tej choroby od dekad niewiele się zmieniło – relacjonuje The Mirror. Historia Henry’ego jest więc nie tylko osobistą tragedią jego bliskich, ale także przestrogą, by nie bagatelizować nagłych zmian zachowania. To również apel o większe wsparcie dla badań, które mogą dać innym rodzinom więcej czasu.
